Anomia, alienacja, trwoga – rozmowy socjologów w czasie epidemii
Anomia, alienacja, trwoga – rozmowy socjologów w czasie epidemii

Anomia, alienacja, trwoga – rozmowy socjologów w czasie epidemii

Aktualności
Wywiad z socjologiem prof. ATH dr hab. Ireneuszem Jeziorskim Kierownikiem Katedry Nauk Ekonomicznych i Społecznych ATH w Bielsku-Białej.

 

Panie Profesorze, w 2017 roku opublikował Pan tekst pt. „Brud istnieje w oku patrzącego – o konstruowaniu obcości”, możemy w nim przeczytać: “(…) pojęcie czystości, jakie ukształtowało się na przestrzeni XIX wieku, było bardzo racjonalne. Stulecie to było przecież nie tylko czasem rewolucji technologicznej i ekonomicznej, ale także okresem przełomu w dziedzinie higieny i medycyny.” Minęło kilka lat od publikacji i oto od kilku tygodni wchodzimy na kolejny poziom czystości i sterylności: nosimy maseczki, jednorazowe rękawice, zachowujemy dystans społeczny, unikamy styczności i dotyku. Wiele osób stara się (racjonalnie?) sterylizować siebie i swoje otoczenie np. odkażając przynoszone do domu zakupy. Czy, podobnie jak w tamtym czasie, poprzez te zbiorowe zabiegi konstruowany jest nowy ład społeczny?

Zanim odpowiem na pytanie, pozwolę sobie na wstępną refleksję. Choć mieliśmy świadomość tego, że żyjemy w globalnej wiosce, to jednak do tej pory wydawało się nam, że jej problemy są gdzieś daleko i nas nie dotyczą, że żyjemy na, w miarę stabilnym i przewidywalnym, kawałku gruntu. To ułuda.
Egzystujemy w świecie naczyń połączonych i zębatek zazębionych, co pandemia koronawirusa nam dobitnie uzmysłowiła, zamrażając w jednym momencie syty świat gotowania i tańczenia. Edwin Bendyk, w swojej świeżo wydanej książce “W Polsce czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata”, pisze, że to jak szybko całe najbardziej zaawansowane społeczeństwa znalazły się w takiej kondycji jest wynikiem braku wyobraźni. Pomimo licznych zeszłorocznych ostrzeżeń, choćby płynących z raportu “A World at Risk”, w którym czytamy, że istnieje realne zagrożenie rozprzestrzeniającą się szybko, globalną pandemią patogenu dróg oddechowych o wysokiej śmiertelności, a jej skala może być katastrofalna w skutkach, zlekceważyliśmy sygnały. Koronawirus błyskawicznie przemieścił się, historycznym szlakiem patogenów, wywołując także chaos i powodując utratę poczucia bezpieczeństwa, a poręcze które stanowiły dla nas oparcie, stały się nagle gumowe.

Przywołany przez Panią w pytaniu tekst wieńczył niszową wieloautorską publikację Czystość i brud. Higiena między wielkimi wojnami (1918-39), wydaną trzy lata temu przez Collegium Medicum im. Rydygiera w Bydgoszczy. Złożyły się na nią artykuły, między innymi, historyków medycyny i muszę przyznać, że gdy teraz wróciłem do tej publikacji dostrzegam, że ich teksty są wręcz prorocze. Na marginesie, dopowiem, że “drugi obieg naukowy” w Polsce okazuje się czasem bardziej przenikliwy niż mainstreamowy. A wracając do tematu, to wobec tego egzystencjalnego kryzysu całej ludzkiej zbiorowości, jakim jest pandemia koronawirusa, stajemy bezradni i zadajemy sobie coraz więcej pytań. Tak samo socjolodzy stawiają tu i teraz liczne pytania, które są powiązane z próbami diagnozowania rzeczywistości. Usiłując na nie odpowiedzieć musimy, w pierwszej kolejności, opisać i zrozumieć otaczający nas świat, spojrzeć na niego niejako z lotu ptaka i krok po kroku spojrzenie kierować na szczegóły. Mając stosowne narzędzia diagnostyczne przewidywać kierunki zmian, a może w konsekwencji także w przyszłości, wspólnie z innymi naukowcami, zapobiegać, przynajmniej w jakimś stopniu, stanom generującym skrajną niepewność.

Czy niepewność to stan przejściowy?

Frank Knight sto lat temu w książce “Ryzyko, niepewność i zysk” odróżnił ryzyko, które możemy oszacować, od niepewności, która pojawia się wtedy, gdy nie mamy żadnego punktu odniesienia. Dlatego powinniśmy mówić o niepewności, która będzie nam długo towarzyszyła, a nie o ryzyku. Wiele zaś istotnych kwestii życiowych będzie rozgrywanych pomiędzy, ujmując rzecz jak najkrócej, bezpieczeństwem a wolnością (a równowaga pomiędzy nimi jest przecież czymś pożądanym). Z tym pierwszym łączy się pokusa, która może mieć długofalowe konsekwencje dla społeczeństwa. Jako aktorzy społeczni odgrywamy określone role rozpisane, mniej lub bardziej precyzyjnie, w scenariuszu naszej codzienności. Obecny kryzys jest czasem w którym scenariusz znika. Musimy więc rozpisać go na nowo. Może nam napisać go także ktoś inny. To zadanie będziemy realizowali w sytuacji niepewności. Wydaje się więc, że pandemia przyczynić się może do lepszego rozpoznania natury społeczeństwa. Kryzys dosadnie eksponuje specyfikę społeczeństw.
Poza różnicami kulturowymi typu: „zimna”, zdystansowana północ, „ciepłe” haptyczne południe, widzimy dwie skrajne, geograficznie nam bliskie, strategie postępowania w kryzysie. Pierwsza bazuje na zaufaniu społecznym, na tym ludzkim pomoście nad przepaścią niepewności. Ta zaakceptowała samostanowienie społeczeństwa i nieredukowalną do jakiegoś wspólnego mianownika różnorodność świata, a co za tym idzie nieredukowalną różnorodność perspektyw w jakich się ów otaczający nas świat widzi. Ludzi łączy poczucie solidarnej odpowiedzialności i troska o innych, więc samoograniczają się z własnej woli. Przykładem jest Szwecja. Aktorzy społeczni zdają się sami pielęgnować swój ogródek, kierując się wskazówkami ogrodnika-naukowca. Druga strategia, bazuje na dekretowaniu. Tutaj suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym i tu chodzi, ujmując rzecz eufemistycznie, o paternalistyczne narzucenie społeczeństwu woli politycznej. Przykładem są Węgry. Ludziom urządza ogródek władza polityczna. Która z tych strategii okaże się skuteczniejsza, tego jeszcze nie wiemy. Warto jednak pamiętać, że przestrzeń społeczna składa się z kontaktów międzyludzkich, subiektywnych interakcji, relacji, wspólnych działań, ról, organizacji. Przez to i dzięki temu krystalizuje się ona w coś trwalszego. Przenicowuje się „to coś” w rzeczywistość, która jawi się nam jako obiektywna i niepodważalna, a co nazywamy rzeczywistością społeczną. Jest jednak ona wytworem naszych aktywności, naszych decyzji, także zaniechań. Tak czy siak mądre działania zbiorowe są czymś koniecznym i pożądanym, bo wspólnota ludzka (co widać teraz gołym okiem) jest tak samo krucha, jak ludzkie życie i trzeba ją zawsze mądrze chronić. Jest jednak druga, nieoczywista strona medalu i rozumiem, że pytanie dotyczy właśnie jej.

Tak, chodzi właśnie o tę nieoczywistość

Więc na niej się skoncentrujmy. Co możemy dostrzec na tym rewersie? Najogólniej nowe formy ładu, które objawiają nowe formy alienacyjnej i wykluczającej ideologii. Ma na celu takie zorganizowanie otoczenia, aby odpowiadało ono naszym uwewnętrznionym, w procesie komunikacji władzy ze społeczeństwem, wyobrażeniom estetycznym. Chodzi o czystość. Ta kategoria ma duże znaczenie dla życia społecznego. Wielka jest moc problematyzująca tej kategorii. Posiada ona władzę porządkującą oraz normotwórczą. Okazuje się dziś to, jak ważna jest relacja czystości (potocznej estetyki) w stosunku do świata codziennych wartości i reguł, jak istotną rolę odgrywa programowanie rzeczywistości w kategoriach: czyste/skalane, przestrzeń czysta/przestrzeń skalana.

Zagrożenie skaleniem wspólnoty narodowej ideologie wykluczające, takie jak nacjonalizm, utożsamiały, historycznie rzecz ujmując, najczęściej z grupami etnicznymi, z mniejszościami (a niedawno, pod wpływem politycznej agitacji, z uchodźcami, czy LGBT+), których nie dało się zredukować do jakiejś jednorodnej tożsamości grupy własnej. Grupy te były, uważane za czynniki patogeniczne, ciała obce, różnego rodzaju pasożyty, pierwotniaki, czynniki rozkładu, które trzeba wykluczyć albo wytępić, jak tępi się wszelki brud (albo łagodniej w imię “solidarności” „pomagać na miejscu”). Wymyśliło się różnych obcych (Ormian, Żydów, Tutsich, Bośniaków), którzy stawali się, krok po kroku, wadliwymi tworami porządkującej dyscypliny społecznej i pod presją pędu sprzątania ogrodu, jak to ujmował Zygmunt Bauman, czas jakiś egzystowali w stanie odroczonej egzekucji. Po chwili dopełniał się najbardziej mroczny scenariusz. Stąd walka z brudem jawiła się jako rzecz całkowicie naturalna. Dziś, w pewnym zakresie, możemy rozciągnąć, a może wręcz zassać, te kwalifikacje i dystynkcje do wnętrza tkanki społecznej.

Jak przebiega obecnie proces zasysania brudu?

W klasycznej antropologii, która bada społeczności plemienne, brud uznawany jest za święte skalanie. Jest tym, co musi zostać wykluczone z przestrzeni świętej. Na tej podstawie konstytuuje się religijny zakaz. Teraz, w czasie pandemii koronawirusa, możemy mówić o nim w niereligijnym kontekście. To znaczy wykluczać z codziennego życia wszystko to, co arbitralnie uznamy za nieczyste, a w konsekwencji zakazać wszelakiego z tym kontaktu. Jak kiedyś ryty oczyszczające wyprowadzały człowieka z profanum, tak teraz stosujemy je w naszej codzienności, dokonując syntezy ego, zaraz po wstaniu z łóżka, a przestajemy je aplikować, na parę godzin, gdy odpływamy w sen, do następnego poranka. Tak konstytuuje się sfera sacrum, teraz tą sferą jest nasz świat życia codziennego. Nasz byt społeczny jest równoległy z systemem symbolicznym, a z kolei dzieje się to za sprawą struktur codzienności, które przenoszą jego sprzeczności na poziom działań rytualnych (a pewnie i teraz kompulsywnych, które są odpryskiem niepewności, co do spraw banalnych. To już pokazuje się powoli w socjologicznych badaniach, oczywiście trzeba będzie je pogłębić, ale na przykład, deklaracje rezygnowania, w najbliższej przyszłości z komunikacji miejskiej, niszczą niektóre miejskie strategie). Widać właśnie, że kategoria brudu społecznego została zassana dziś w przestrzeń kultury symbolicznej życia codziennego i stała się jednym z podstawowych narzędzi regulowania stosunków międzyludzkich. W konsekwencji ktoś nieczysty, kto teraz zagraża (i wywołuje lęk, może i wstręt) może okazać się po prostu „tym złym”. Kontakty z nim powinny być więc zabronione.

Aby refleksję nad nieoczywistością jeszcze pogłębić stwierdzić należy, że można odnaleźć archetyp tego nieprzejrzystego bytu, jakim jest symboliczne społeczeństwo-system, w ludzkim ciele, w którym brud jest zagnieżdżany przez, powiedzmy, władzę polityczną. Posiada ona bowiem, nie tylko moc narzucania swej woli, jak chciał jeden z ojców socjologii Max Weber, ale także ma moc deponowania znaczeń w ciałach obywateli, w moim i w Pani ciele. Potrafi modelować, otwierać i zamykać ciało, poszerzając praktyki penitencjarne. Dzieje się tak wtedy, gdy wykorzystuje stosowne do sytuacji, z perspektywy władzy, scenariusze selekcji i segregacji oraz narzędzia przemocy symbolicznej, która nie jest postrzegana przez społeczeństwo jako taka (rygor, dyscyplina, izolacja, kontrola, granice, możliwość natychmiastowego wykluczenia, wyjęcia niektórych spod prawa, zmuszenia do wykonywania określonej pracy, a to już coś więcej niż tylko symbol). Brud uwewnętrzniony (zinternalizowany) jest więc dziś obecny społecznie na dwóch biegunach. Pierwszy, można nazwać biegunem ideologicznym (suwerenem jest ten, kto decyduje o stanie wyjątkowym; suweren porządkuje świat i zaprowadzi ład, eliminując zagrożenie. Pozbywanie się społecznego brudu postrzegane jest jako rodzaj twórczej aktywności. To sprzątanie po prostu). Drugi, natomiast nazwać można biegunem sensorycznym (stan wyjątkowy odczuwany jest cieleśnie przez nas, aktorów społecznych, przez Panią i przeze mnie i jest nam z tym źle, ale wiemy, że „tak trzeba”) i trudno jest nad nim zapanować, nie mówiąc o jakimś przeciwstawieniu się tej sytuacji.

Niewątpliwie każdy z nas może odczuć to, co nazywam, za Bernhardem Waldenfelsem, obcością codzienną (w przeciwieństwie do obcości strukturalnej, aż po radykalne jej odczuwanie, gdyż ta emocja nie dotyczy nigdy większości, ale zawsze mniejszości: narodowe, etniczne, religijne, seksualne, inne). Jeszcze parę miesięcy temu nosząc maseczkę antysmogową „na mieście”, co trzeci przechodzień patrzył na mnie, jeśli nie z politowaniem, to przynajmniej z uprzejmą nieuwagą (nie widzę/a jednak widzę). Gdy parę dni temu zapomniałem założyć maseczki „ochronnej” przed wirusem wychodząc po chleb, towarzyszyło mi podobne odczucie. Tak przejawia się, między innymi, obcość codzienna. Higiena wizualna daje złudne poczucie bezpieczeństwa.

Dlaczego złudne?

“Walczymy” z anomalią trzymając społeczny dystans, mijając łukiem bliźnich na chodniku, nie podając ręki, radykalnie ograniczając kontakty z innymi, często bliskimi nam ludźmi. Bo brud jest tym, co sprzeciwia się symbolicznemu ładowi, a celem jest dziś eksploracja tego porządku (stan wyjątkowy). Eliminowanie nieczystego (zła po prostu) staje się konstruktywnym wysiłkiem organizowania otoczenia i środowiska społecznego, dokonuje się to przy pomocy instrukcji i za pomocą odpowiednich przedmiotów (maseczek, rękawic, pojemników z płynem dezynfekcyjnym). Mamy więc metodologię, metody, techniki i narzędzia. Całkiem jak w nauce. Mówiąc jeszcze inaczej, za kategorią “czystość” ukrywają się dziś najważniejsze problemy egzystencjalne i bytowe, a za strukturalnym przeciwstawieniem ładu i nieporządku podążają zagadnienia zdrowia i choroby, bytu i niebytu, formy i chaosu. Socjolog dziś może przyglądać się społeczeństwu, podobnie jak w dziewiętnastym wieku przyglądali się mu nasi zawodowi ojcowie: Comte, Spencer, czy Marks, jak organizmowi, pulsującemu i miotającemu się pomiędzy tymi opozycjami. Tak na marginesie, aczkolwiek sprawa marginalna nie jest, z symbolicznym brudem jest trochę jak z bólem, jest we mnie, ale nie zależy ode mnie, chociaż ja zależę od niego, ten obcy jest po prostu we mnie lub we mnie może się w każdej chwili zagnieździć. Czyszczeniu mają więc służyć określone acz złożone praktyki i strategie rytualne. W sytuacji niepewności jest to próba nadania spójności naszemu życiu codziennemu.

W tekście wskazuje Pan na strategię “włączającego wyłączania” będącą jednym z nieoczywistych źródeł nacjonalizmu i rasizmu. Prowadzi ona do legitymizacji filozofii eliminowania grup społecznych ze wspólnoty. Jakie kategorie ludzi są przeznaczane “na przemiał” podczas obecnej pandemii?

Brudne/wstrętne jest zatem wszystko to, co posiada moc chwiania tożsamością oraz zintegrowanym systemem naszych codziennych przyzwyczajeń. Brud jednak jako element systemu „do pozbycia się”, odnosił się do granicy porządku i w sposób nienormatywny przedstawia on podmiot, który niejako upadł z tej granicy i spadł na drugą stronę. Precyzyjnie ujmując, na margines i został wykluczony z porządków „normalnego” świata. To więc nazywam „włączającym wyłączaniem” – antropofagicznie bowiem każdy z nas jest pożerany przez wielkie zwierzę, jakim jest społeczeństwo. Po tym kanibalistycznym akcie bezwiednie oddajemy się mu w posiadanie. Przestrzegamy reguł, kierujemy się określonymi przez grupę zasadami, kultywujemy zwyczaje, normy społeczne normują codzienne zachowania, kierujemy się wartościami, nosimy normatywne gorsety, uznajemy to wszystko za własne, ulegamy symbolicznej przemocy, bo po prostu nie mamy wyjścia.

Nie ma ucieczki od formy?

Nie ma ucieczki od formy, jak tylko w inną formę, a to znaczy, precyzyjnie rzecz ujął Witold Gombrowicz, pisząc we wstępie do dramatu „Ślub”, że narzucamy sobie sposób bycia, mówienia, działania i wzajemnie się zniekształcamy. Społeczeństwo jest więc takim kanibalem, ale równolegle, szczególnie w obliczu kryzysu, pojawia się pokusa antropoemetycznego bodźca. Możemy być w każdej chwili ze społeczeństwa wypluci (dosłownie zwymiotowani, gdyż emetyki to środki wymiotne), a ujmując rzecz socjologicznie, wykluczeni, jak zasymilowani polscy Żydzi w latach trzydziestych poprzedniego wieku. Każdy potencjalnie może stać się, w dzisiejszym czasie, tak zwanym homo sacer, człowiekiem przeklętym. Świat życia każdego może zostać rozebrany (unmaking). W konsekwencji doprowadzi to do stanu utraty języka, w którym moglibyśmy opisać naszą sytuację jako ofiary. Ofiara jest po prostu niema. Tak w społecznym konstruowaniu koronawirusa wyznacza się nowego żywego trupa (i ty możesz nim zostać!), a świat życia społecznego zaczyna być widoczny dopiero wtedy, gdy kurczy się, a chwilę później znika. I tak jest ze wspólnotą – odkrywamy ją, gdy się kruszy, gdy kruszy się identyfikacja pod wpływem musu banicji, migracji, czy teraz pod presją izolacji, a znaczy to, ni mniej ni więcej, że w stanie wyjątkowym presja i przymus zastępuje wybór.

W jaki sposób myślenie o czystości i brudzie porządkuje nasze myśli, a jak wpływa na życie społeczne?

Niewidoczne agresywne mikrocząsteczki atakują nasze ręce, nasze maseczki, przynoszą chorobę. Stanowią zagrożenie nadchodzące z zewnątrz. To niebezpieczeństwo dla tożsamości i uporządkowanego, względnie przewidywalnego (przynajmniej w horyzoncie tygodnia) życia. Chętnie wracam teraz do eseju „Choroba jako metafora” Susan Sontag. Jest to inspirująca i aktualna lektura. Sontag ukazuje w niej sposoby stygmatyzowania chorych przez społeczeństwo. Demistyfikuje także ideologiczne fantazmaty, które prowadzą do demonizacji niektórych chorób i cierpiących na nie ludzi. Rozwijając te wątki należy dodać, że w czasie pandemii ja jest zagrożone przez nie-ja, po prostu przez mojego bliźniego, który jednak przestaje nim być, a staje się ewentualnym nosicielem i tym samym zagraża. Natomiast im głębiej wnikamy w reguły rządzące światem życia codziennego w teraźniejszości, tym bardziej staje się bezsporne to, o czym wcześniej zaledwie napomknąłem, że mamy do czynienia także z systemem symbolicznym. Tam, gdzie wstręt, tam, gdzie lęk przed bliźnim, przed brudem bliźniego, tam kulturowy system. Taki stan powoduje, że jest się w ciągłym niebezpieczeństwie, w sytuacji krytycznej, może nawet granicznej. Miecz Damoklesa pojawił się na horyzoncie. Gdzie tylko skierujemy wzrok, na ekran komputera, na wyświetlacz plazmowy, na ulicę, na twarz drugiego – wisi nad nami. Uważam, że żyjemy w czasie bardzo istotnej zmiany społecznej. Ma ona bowiem miejsce na poziomie interpersonalnym. Podać rękę, czy nie podać? Oto jest dziś pytanie. Jest to takie indywidualne, cielesne odczuwanie permanentnego stanu wyjątkowego. Ba, to jest uwewnętrzniony stan wyjątkowy. Ów sensoryczny biegun. Konsekwencją nowej codzienności jest świeżo wyrosła granica pomiędzy mną a innym. Teraz także możemy doświadczyć, opisanego przez filozofa egzystencjalistę Jeana Paula Sartre’a, osobliwego zjawiska – „Piekło to Inni”. Mary Douglas klasyczka antropologii symbolicznej, w swojej książce „Purity and danger”, czyniąc klasyfikację brudu, miała na myśli całą gamę zjawisk, ale tutaj i z dzisiejszej perspektywy, najciekawsze wydają mi się dwa z nich, czy dwa jego rozumienia. Pollution, to skalanie, czy nawet skażenie oraz abomination, czyli wstręt. Konsekwencją „odczuwania” lęku przed skażeniem i wstrętu przed „Innym” jest zjawisko które nazywam mikrozerwaniami. Tadeusz Kotarbiński mawiał, że sprawy małe prowadzą do wielkich i nie można ich lekceważyć. A tu małe znikają.

Jak wygląda ta odwrócona prakseologia?

Szczegóły, z których składa się nasze życie, jako istot społecznych, stadnych, podobnie jak u naczelnych Bonobo, to: interakcje, powitania, towarzyskość, codzienne „ocierania się o siebie” i wiele innych. Mikrozerwania to ich stopniowa atrofia, może nawet anihilacja, że pozostanę przy pierwszej literze alfabetu. W konsekwencji powodują one rozrzedzenie społecznej tkanki. Nadwątlone niszczą więź społeczną, a to przecież podstawowy budulec życia społecznego, w konsekwencji społeczeństwa, a mówiąc wprost, naszego środowiska naturalnego. Powiem jeszcze inaczej. Jesteśmy istotami cielesnymi, „potykamy” się o innych, „potykamy” się o rzeczy i żadne matrixy i symulakry nie zastąpią kontaktów cielesnych, widzenia, czucia, dotykania, smakowania. Ponadto cielesność występuje zawsze w związku z intersubiektywnością doświadczenia, tego wszystkiego, co rozgrywa się pomiędzy ludźmi, co świetnie opisał, inny klasyk socjologii, Georg Simmel. Po prostu poza ja istnieje zawsze jakieś inne ja, bliżej czy dalej, ale istnieje i jest ono ucieleśnione. Świat społeczny rozwarstwia się wokół niego i przyjmuje, dzień po dniu, określone wektory, od stopniowalnej swojskości, do stopniowalnej anonimowości, od bliskości do oddalenia, pomiędzy nimi jest cała masa szczebli i szczebelków. Bliskość konotuje intymność i powinność, natomiast społeczny dystans oznacza obcość i prawo. Ta pierwsza jest dziś wykluczona i zakazana. A przecież doświadczamy dwojako. Czujemy ciało od wewnątrz. Pozwala nam to uznać siebie za byt doznający i samoczujący. Doświadczamy ciała od zewnątrz. Ta perspektywa wyróżniona go z przyrody. Upraszając, czuję je od wewnątrz i postrzegam od zewnątrz. Te nastawienia uzupełniają się i scalają w życiu i tak zyskuje ucieleśnione ja funkcję perspektywiczną, a z niej, z tego miejsca, oglądany jest świat i tutaj w tym realnym, a nie symulakrycznym świecie, ciało napotyka innego, również jako byt cielesny.

Ujawnia się więc ono jako klucz, posiada funkcję otwierającą na świat (nie jesteśmy przecież bytami astralnymi). Dalej, człowiek ma „pod ręką” gotowe, a ważne dlań struktury sensu życia codziennego. Czerpie z tego wszystkiego, co przekazała mu kultura, czego się nauczył od wielkiego zwierzęcia-społeczeństwa. Tak tworzy się zasób jego doświadczania świata. Tworzy się sensowna struktura doświadczania. Kryzys epidemii sprawia, że te kotwice i poręcze stają pod znakiem zapytania, już nie tyle są z gumy, co raczej topią się. W dłuższej perspektywie powodować to może rozchodzenie/rozłażenie się społeczeństwa – jako całość staniemy się bytem amorficznym, zatomizowanym, zbiorowością w stanie zawieszenia, a może nawet anomii, czyli rozpadu, wcześniej i tak już nadwątlonych, ostatnimi laty, więzi społecznych. Natomiast jako jednostki (te ucieleśnione ja) ulegamy już procesowi alienacji od pracy, od innych.

Może to jednak tylko taki chwilowy stan?

Jeśli jest to chwilowe, to system społeczny, jakby powiedział Bronisław Malinowski, będzie dążył do równowagi. Jeśli jednak jest to czas, który zdaje się nie mieć końca (przywołam powtarzane ostatnio, przez wielu ekspertów i polityków, słowa, że „koronawirus zostanie z nami na długo”) to normą może okazać się stan wyjątkowy. To może być także czas przejścia, taka faza liminalna, zawieszenie pomiędzy jednym, dawnym już typem społeczeństwa późnej nowoczesności, a jakimś nowym „posttraumatycznym-post-postnowoczesnym”. Pewnie część ludzkości zobaczy się w innym niż dotychczas świetle. Może wykroczy wyobraźnią poza horyzont doraźności i własnego ogródka. Część może zacznie się trochę ograniczać. Choćby stawiając jakąś tamę dyktatowi egoizmu i bezmyślnej konsumpcji (może stanie się też bardziej eko?), a inni być może rzucą się w konsumpcyjny wir. Tego dziś nie wiemy. Intuicja podpowiada mi, że jeszcze bardziej obniży się u nas poziom, już tak zatrważająco niskiego, zaufania społecznego, a być może także kapitału społecznego. Kultura (i to ta wysoka), co już widać na horyzoncie, znajdzie sobie nowe przestrzenie wirtualne.

Część społeczeństwa separuje się od grup szczególnie narażonych na zakażenie Covid-19, np. lekarzy, pielęgniarek, pracowników pomocy społecznej. Czy możemy powiedzieć, że piętno nieczystości jest odciskane na grupach społecznych?

Każda epoka wypracowuje swoisty sposób rozumienia czystości i brudu, a z nimi nowe koncepcje higieny. W obecnych czasach, jeszcze postnowoczesnych, mamy do czynienia z dyktatem estetyki, dominacją wizerunku, celebryctwa, teraz pogłębioną sterylnością (co samo w sobie jest przecież osiągnięciem cywilizacyjnym i wyznacznikiem rozwoju. Przypomnę, że w 1918 roku pandemia grypy hiszpanki zabiła kilkadziesiąt milionów ludzi, przebiegała trójfazowo, ale to były jednak inne czasy, brak zorganizowanych systemów medycyny publicznej, niezapewnienie ochrony epidemiologicznej całej populacji, koniec wojny i powojenne biedy).
Tworzymy higieniczne relacje społeczne i aplikujemy do zredukowanej codzienności strategie higieny wizualno-taktylnej (widzenie-dotykanie). Sprowadzają się one do dosłownej walki z wyobrażonym brudem, do czyszczenia, sprzątania (dosłownego, pewnie też trochę z nudów), do kurczowego trzymania się życia, poprzez stosowanie reżimów podtrzymujących zaordynowany porządek codzienności. Wydaje mi się, że pojawia się jakaś nowa codzienna komparatystyka w zakresie hierarchii zmysłów i porządku doznawania. Inaczej jeszcze ujmując, różnica pomiędzy ładem zredukowanej codzienności a chaosem (lękiem przed skażeniem i doznawaniem wstrętu) nie ma tylko naocznego (wizualnego) charakteru, ale jest odczuwana cieleśnie, na własnej skórze, podczas naszych codziennych praktyk, tych prywatnych i tych publicznych, acz znacznie teraz poskromionych. Człowiek doznający operuje dziś nie na jakichś abstrakcjach, lecz głównie na doświadczeniach sensorycznych i wyobraźni reifikowanej przez politykę i media masowe oraz na konsekwencji izolacji. Zrozumienie roli jaką odgrywają dziś media masowe, w konstruowaniu wizualizacji koronawirusa, jest niezbędne dla zrozumienia warunków, w jakich przyszło funkcjonować współczesnemu społeczeństwu. Komunikujemy się ze światem przez media, przez systemy zapośredniczania.

Co widzimy?

Z jednej strony widzimy odruchy solidarności, codziennej pomocy, akcyjność, która jak to akcyjność trwa dość krótko, tańczenie i śpiewanie dla personelu medycznego. Z drugiej, przedstawiciele służby zdrowia coraz częściej padają ofiarą mowy nienawiści i hejtu „za celowe zarażanie”, o czym informuje choćby biuro Rzecznika Praw Obywatelskich. Jeden z ostatnich przypadków, z 27 kwietnia, to zniszczony samochód pielęgniarki z Gliwic, w którym przebito opony i wysprejowany na boku auta napis „ZARAZA”. To objawy stygmatyzowania i bardzo niebezpieczne zjawisko, …a jeszcze jedno z tysiąca doniesień medialnych generujących lęk, to ponoć bezobjawowi nurkowie zarażeni wirusem, którzy mają zniszczone płuca. Nie chodzi więc tylko o panoszącego się mikroba realnego, którego święty Tomasz nie zobaczyłby na główce szpilki, ale także wzbudzającego bojaźń i drżenie w społeczeństwie mikroba wirtualnego.

O co jeszcze chodzi?

Chodzi o to, że ciało nie tylko wywołuje interpretacje somatyczne, ale także o to, że przystosowuje się do afektywnych interpretacji osób trzecich i tutaj właśnie i to z całą mocą objawiają się samospełniające się proroctwa. To znaczy, że jeśli definiuję sytuację jako realną, na przykład pod wpływem doniesień medialnych, bez ich weryfikowania, lub pod wpływem plotki, to ona w konsekwencji staje się realna. Proszę zwrócić uwagę na to, jak w pierwszych dniach epidemii znikały niektóre towary w sklepach, albo na masowe wypłacanie pieniędzy z banków. Inną, już realną orbitą lęku przed skażeniem i jej skutkiem, czyli zamknięciem, jest utrata kontroli w grupach pierwotnych i pogorszenie sytuacji materialnej, które działają jako czujniki prowadzące do wybuchów agresji. Na przykład o wzroście przemocy domowej wiemy na razie tyle, ile przekazuje Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży. A dane są przynajmniej niepokojące. Część dzieci została skazana na dysfunkcyjne rodziny. Część osób musiała zwolnić się z pracy, aby zająć się dziećmi, część z nich stanie się bezrobotnymi. Może być i tak, że zanotujemy wzrost biedy, a może nawet jej skrajną formę, czyli ubóstwo. Nie sprzyja to przecież zdrowiu publicznemu, a jest to sprawa teraz najważniejsza. To są niestety tylko niektóre negatywne społeczne skutki zwalczania epidemii. Ludzie “na mieście” zaczynają zadawać pytania. Czy reakcja jest proporcjonalna do skali zagrożenia? Czy to nie na pokaz? Dlaczego tak chętnie ordynuje się zakazy? Czemu, komu to ma także służyć? I wiele innych pytań nie bez pokrycia, na które dziś nie jesteśmy w stanie jeszcze odpowiedzieć. Może zalęknione społeczeństwo na dużo pozwala? A może im bardziej paternalistyczna chce być władza, tym bardziej podda społeczeństwo testowaniu, dokąd może się ona jeszcze posunąć. A może jedno i drugie? Społeczeństwo może być otaczane coraz bardziej „troskliwą opieką”.

A wracając do pytania o piętno nieczystości?

Dopowiem więc, że idea skalania objawia się horyzontalnie na dwóch poziomach codzienności. Na poziomie, tak zwanym służebnym wtedy, gdy ludzie sami wpływają wzajemnie na swe działania i zachowania przez prawo, wierzenia czy nawet sądy estetyczne, które są po to, by trzymać „w szachu” wartości moralne i zasady społeczne (to reżim sanitarny) oraz na poziomie, tak zwanym ekspresywnym. Pojawia się wtedy, gdy koncepcja nieczystości będzie miała określony ładunek symboliczny i naznaczający. Przykładem takiej symboliki mogą być mniemania, które zakładają, że kontakt z takim, jak go nazwał Zygmunt Bauman, „człowiekiem na przemiał” może być niebezpieczny. Co nie mieści się w normie (proszę zakasłać w sklepie i obserwować otoczenie), powinno być zepchnięte na margines, musi być izolowane, a to dotyczy teraz potencjalnie wszystkich. Skalanie musi więc podlegać rytualnej kontroli. Musi polegać na trzymaniu owego nagiego życia na łańcuchu i całkowitego podporządkowania go konwencjom kulturowym, rytualnym i w końcu prawnym. Rozumienie brudu, rzeczone powyżej, jako anomalia jest pewnym pojedynczym faktem niepasującym do zbioru, zasiedlającym określone obszary a niebezpieczne dla czystości, jak Domy Pomocy Społecznej czy szpitale (ile jest teraz odwołanych zabiegów, operacji, poza tym wiele innych chorób w wyobraźni zbiorowej „ustąpiło”, nie ma ich, jest tylko ta jedna).

W badaniach socjologicznych dotyczących kształtowania się ocen moralnych społeczeństwa polskiego w późnej nowoczesności, na temat, między innymi, kloszardów wykazaliśmy wspólnie z doktorem Marcinem Korzewskim, że wrażliwość na odczuwanie wstrętu jest skorelowana z negatywnym nastawieniem do tej grupy. Oznacza to, że sądy estetyczne (ładne-brzydkie) warunkują nasze sądy moralne (to co, jest kategoryzowane jako brzydkie/wstrętne jest po prostu „złe”). Tak było w przypadku bezdomnych, ale sądzę, że możemy rozciągnąć (czy znowu zassać) to twierdzenie na inne grupy „patogenne”, „roznoszące zarazki”, niebezpieczne tym samym. Będą one po prostu „złe”. Pielęgniarka to „zaraza”, zaraza to zło… proszę sobie dopowiedzieć resztę.

W sumie każdy z nas może być podejrzany, jako ten nieczysty, zarażający, precyzyjniej jako potencjalne źródło zakażenia. Podświadomie jednak pragniemy, aby to ulotne niebezpieczeństwo skrystalizowało się pod postacią konkretnej grupy nieczystych osób (może grupy osób starszych?) Parę dni temu, będąc w sklepie spożywczym, zauważyłem pewną zagubioną staruszkę, a było już grubo po godzinie dwunastej w południe. Nie bardzo mogła poradzić sobie z woreczkiem i odruchowo zbliżyła palec do ust. Stojąca obok kobieta w średnim wieku, która swoim suvem wjechała prawie do sklepu, zareagowała bardzo agresywnie. To prowokuje nas do czujności, nieufności, podejrzliwości, kojarzenia w biegu – “stary to niebezpieczny”. Może także pojawią się nowe etykiety językowe stygmatyzujące tego wewnętrznego obcego.

W stosunku do tych anomalii stosujemy różne codzienne strategie, odrzucamy, ignorujemy, możemy ich nie dostrzegać albo po prostu pozbyć się ich. Przesunąć poza horyzont naszego świata. Wyizolować, pozamykać. Stają się one wtedy niewidoczne, czy niewidoczni, nieobecni w życiu społecznym, zrzuceni poza margines. Ta liminalność bywa także, jak mawiał Victor Turner, sceną choroby, samotności, rozpaczy, śmierci, samobójstwa. Może być anomią, alienacją, trwogą, trzema fatalnymi siostrami społecznego tworzenia koronawirusa. Dodam tylko, że nie wszyscy jednak dziś mają komfort „dobrowolnego” usuwania się. Wymienię tylko pracowników służby zdrowia, pań i panów sklepowych, ostatnio listonoszy….. każdy może sobie jeszcze dopisać innych, inne grupy wyjęte spod prawa. Najbardziej radykalną innowacją (antropofagiczną) może więc być nie tyle nagłość pojawiania się nowych aktorów w społeczeństwie, jak bohaterscy medycy, ale natychmiastowość ich znikania (antopoemetyczność), już jako medyków roznosicieli zarazy. Lęk egzystencjalny całych ludzkich zbiorowości przed pandemią to podglebie dla dobrze funkcjonującego państwa… policyjnego.

Czy zasadne są wobec tego obawy, wyrażane obecnie przez różne grupy społeczne, o to, że na przykład aplikacje monitorujące stan zdrowia populacji podzielą nas na “czystych” i “brudnych”, umożliwią władzę absolutną nad jednostkami?

Socjologa obowiązuje pewna zasada – wolności od wartościowania. Żeby zrozumieć i przewidzieć, w którym kierunku będą przebiegały zmiany, musimy obiektywnie opisać otaczający nas “nowy wspaniały świat”, mówiąc językiem nauki przeprowadzić deskrypcję. Mówiłem wcześniej, że w czasach kryzysu testuje się społeczeństwo. Wyjaśniając, nie miałem na myśli testów na koronawirusa, których wykonuje się tyle, ile się wykonuje i mamy efekt spłaszczenia. Po prostu wprowadza się nowe metody dyscyplinowania i znacząco poszerza się uprawnienia państwa i jego agend do kontrolowania, a w pewnych przypadkach do represjonowania (na przykład niektórych grup zawodowych). W moim przekonaniu najniebezpieczniejszy jest czas wprowadzenia stanu wyjątkowego, de facto ale nie de iure, bez jego wprowadzenia. To taki stan wyjątkowy na niby, bez jasnych i klarownych reguł, gdzie na przykład, trochę jak w panowaniu sułtańskim, opisanym przez Webera, wszystko zależy od arbitralnej woli suwerena, czyli pana. To sułtan, w zależności od tego jaki ma humor, wskazuje tego, kogo wywyższyć oraz tego, kogo poniżyć, kogo ukarać. Podwładny myśli wówczas “muszę się z tym pogodzić, stąd już się nie wychodzi”. Gorzej jest tylko wtedy, gdy dorośli ludzie pozycjonują się w rolach dzieci i proszą pana sułtana, aby im czegoś zakazał i coś nakazał. Niektóre kraje śledzą swoich obywateli, poddanych kwarantannie czy nadzorowi epidemiologicznemu, przez urządzenia mobilne. Kto zapewni, że tylko ci obywatele podlegają, czy będą podlegać tej dystynkcji? Niektórzy uważają, że tak być powinno.

Powinniśmy się obawiać kontroli społecznej?

Inwigilacja i nadzór są wypadkową kontroli społecznej i mogą, choć nie muszą, zawierać w sobie element przemocy. Jednym ze świeżych pomysłów jest wprowadzenie specjalnej aplikacji, która podzieli osoby odwiedzające odmrożone galerie handlowe, na trzy kategorie bezpieczeństwa. Po zakażeniu – na czerwono, po kwarantannie – na żółto oraz bez kontaktu z wirusem – na zielono. To ja poproszę czarny trójkąt! To nie jest żaden panoptykon ale banoptykon, który po prostu łączy w sobie ideę banicji z optikonem, odwracając oznacza to, ni mniej ni więcej, że widzimy (kolorek) – wykluczamy. Tak jak wcześniej z galerii wyrzucano bezdomnych, tak będzie się usuwać czerwonych, żółtych i czarnych. Tylko zieloni będą cieszyli się pełnią praw konsumenta. Aplikacje w urządzeniach po prostu „wyświetlają” tego, kto nie jest mile widziany. Tworzy to kategorię ludzi potencjalnie wykluczonych i galeryjną matrycę dla innych przestrzeni świata społecznego. Galeria handlowa po prostu może stać się wzorem selekcjonowania i segregowania „ludzkich odpadów”. Jak mawiał Gunther Anders, gest który daje początek apokalipsie, nie będzie różnił się od innych podobnych gestów. Giorgio Agamben, współczesny włoski filozof, zainspirowany przemyśleniami Michela Foucaulta na temat panoptyzmu, czyli „wielkiego zamknięcia” ciała zdyscyplinowanego w więzieniach i ciała oszalałego w szpitalach psychiatrycznych, dowodził, iż Francuz nie zwieńczył w pełni swej analizy. Do tego potrzeba wprowadzić koncept obozu (czy obozów dla uchodźców, bo dzisiaj wszyscy po trochu żyjemy w takim obozie, tylko przeczystym). A to właśnie obóz, jest dziś sterylną i nieprzekraczalną przestrzenią biopolityczną, ze stanem wyjątkowym jako jej fundamentem, ba jest teraz ukrytym paradygmatem przestrzeni politycznej. Kontrola służy dwóm celom strategicznym, zamykaniu, czyli o-gradzaniu (zamknięte granice nie tylko państwowe, ale także wszelkie inne, na przykład granice szpitala czy DPSu), oraz wykluczaniu, czyli od-gradzaniu (tych niebezpiecznych dla ładu i porządku). Dokonuje się więc swoiście pojęte sprzątanie, a może nawet czyszczenie. Musimy nauczyć się, w dzisiejszym świecie, rozpoznawać metafory, metonimie i kostiumy tej przestrzeni. Prowadzi nas ta umiejętność do spojrzenia na dzisiejszą rzeczywistość jako na miejsce zawieszone pomiędzy dwoma światami, rzeczony wcześniej limen.

Czyli dzisiejszy świat naszego życia codziennego to takie miejsce pomiędzy tym, co było, a tym, co będzie?

To takie „niby-miejsce”, pomiędzy światem życia i światem życia potencjalnego z jednej strony, a ze strony drugiej, jako przejście do innego, nowego świata i społeczeństwa, do „nowej normalności”. Normalności chronionej, może i dekretowanej. Potrzeba wzmożonej ochrony i troski może stać się w konsekwencji nałogiem. Możemy się od niej po prostu uzależnić. To jednak przyszłość, i wcale nie musi tak się stać. Wielu epidemiologów uważa jednak, że epidemia będzie powracała, już na jesień nową falą. Konsekwencją najbardziej prawdopodobną jest, mówić nieco kolokwialnie, proces „luzowania, dokręcania, luzowania, dokręcania”. Będziemy musieli się organizować przechodząc ze stanu ciekłego i płynnego w stan lodu, który tylko na moment stopnieje (odmrozi to i tamto). Zależy to w znacznej mierze od dwóch rzeczy, od współczynników pandemii oraz od jej społecznego konstruowania. Oznaczać ten stan może, że obóz przenicowuje się w przestrzeń, która powstaje tylko wtedy, gdy stan wyjątkowy zaczyna stawać się regułą, staje się po prostu normą, a nie chwilą, a nie wyjątkiem, wyłomem w normalnym życiu, staje się „nową normalnością”. Stan wyjątkowy (stan stały) nie zmienia się już wtedy w płynny, ale przybiera znieruchomiałą formę. Jest coraz dłuższy, przeciąga się, trwa coraz dłużej. Jeśli obóz, to także granice.

Co z tym, bezsprzecznie jednym z wielu osiągnięć otwartego świata, mam na myśli otwarte granice?

Czy końcem lutego myślała Pani o tym, że za moment zostaniemy zamknięci w domach, w państwach? Mało kto w Polsce zdawał sobie z tego sprawę. Życie toczyło się normalnie. Przesyłaliśmy sobie wzajemnie śmieszne filmiki dotyczące Chin, czy memy dotyczące epidemii koronawirusa w Chinach. Miesiąc później Chiny mamy u siebie. Ogród zamknięty. Autarkia. Z tego o czym mówiliśmy przed chwilą wynika, że kryzys egzystencjalny spowodowany pandemią przywraca w społeczeństwie myślenie o bezpieczeństwie w kategorii kontroli wszelkich granic, w tym i tych państwowych oraz, jak to ujął niedawno Ivan Krastev, legitymizuje “autorytaryzm big data”, który polega na wykorzystaniu technik cyfrowej inwigilacji i analizy danych do celów kontroli społeczeństwa. A przy tym wszystkim, jeszcze jedną “strategią obronną” może w konsekwencji okazać się, tak zwana kompartmentalizacja, polegająca na wprowadzeniu do życia codziennego stałego, ścisłego i rygorystycznego przestrzegania podziału na dwie sfery. Na tę mianowicie, która odnosić się będzie do kontaktów z Innymi i tę, która będzie dotyczyła wewnętrznych regulacji grupy własnej. To jeszcze jedna granica, mentalna. A czy tak będzie, a jeśli tak, to na co się (i na kogo) to przełoży? To jednak druga strona medalu, której możemy, mam cichą i naiwną nadzieję, a tylko naiwność ma w tym świecie sens, nie oglądać wcale.

Rozmawiała dr Joanna Wróblewska-Jachna Katedra Nauk Ekonomicznych i Społecznych ATH

Dane adresowe

Akademia Techniczno-Humanistyczna
43-309 Bielsko-Biała, ul. Willowa 2
centrala telefoniczna:
tel. +48 33 8279682
fax: +48 33 8279355
Regon: 072728961, NIP: 547-194-37-84
Elektroniczna Skrzynka Podawcza
Identyfikator: ATH_Bielsko_Biala
konto bieżące:
Bank Pekao S.A. 02 12404142 11110000 48278261
Inne konta:
Studia Podyplomowe: 21 12404142 11110010 54573476
Kursy: 66 12404142 11110010 54573636
Konferencje: 73 12404142 11110010 54572831

A+
Kontrast